Kolarstwo to mój sposób na życie – wywiad z Paulą Gorycką

Rozmowa z jedną z największych nadziei polskiego kolarstwa górskiego, w kategorii cross-country, wielokrotną medalistka mistrzostw Polski, srebrnaą medalistką Mistrzostw Europy do lat 23 i dwukrotną brązową medalistką Mistrzostw Świata do lat 23, uczestniczką Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 2012 roku, miłośniczką gór, dobrej muzyki oraz ekstremalnych przeżyć
Paula Gorycka | Kin Marcin/Red Bull Content Pool

Tak samo jak Włosi, Niemcy czy Amerykanie – my też mamy dwie nogi i dwie ręce” – mówi Paula Gorycka, niebojąca się wyzwań i rywalizacji z najlepszymi.

Pamiętasz, kto posadził Cię na rower po raz pierwszy?

Nie pamiętam. Wiem natomiast, że najpierw miałam rower trzykołowy, a potem czterokołowy. Na dwóch kółkach nauczyła mnie jeździć mama – i za to duży ukłon w jej stronę, bo to nie było dla niej łatwe zadanie.

Spróbowałaś zarówno kolarstwa szosowego, jak i górskiego. Wybrałaś to drugie, bo lubisz góry?

MTB to moja główna działka, ale startuję też na szosie i w przełajach, a czasem trenuję na torze. Staram się rozwijać na wielu płaszczyznach, jednak uważam, że specjalizacja musi być jedna, żeby możliwe było osiąganie sukcesów, a nie tylko jeżdżenie. Dla mnie specjalnością są wyścigi cross-country w kolarstwie górskim. Dwie inne odmiany MTB, czyli maratony i sprinty, traktuję treningowo. Podobnie jest z szosą – starty w wyścigach etapowych są dla mnie dobrym treningiem, a tylko etapy górskie lub czasówki traktuję priorytetowo. W przełajach nastawiam się na imprezy mistrzowskie i szlifowanie innych umiejętności niż standardowe dla kolarza górskiego.

Kolarstwo górskie występuje w dziesiątkach odmian. Dlaczego akurat cross-country?

Cross-country to po prostu coś, w czym czuję się jak ryba w wodzie. Liczą się tu przede wszystkim wytrzymałość, siła i technika. Wyścig jest na rundzie,którą wcześniej poznajemy w najdrobniejszych szczegółach – taki system bardzo mi odpowiada, bo lubię mieć świadomość tego, że jestem przygotowana maksymalnie dobrze i wiem, co mnie czeka na trasie. W maratonach trasy się nie zna, z kolei w sprintach potrzebna jest dynamika, a to nie jest moja najmocniejsza strona. Dlaczego akurat cross-country? Trenując z tatą, od zawsze jeździłam w lesie i po górach, a inne odmiany kolarstwa poznałam tak naprawdę dopiero, gdy weszłam do kadry narodowej i zaczęłam pracować z moim obecnym trenerem Andrzejem Piątkiem.

To, czy kolarz jest szosowcem, torowcem czy góralem, zależy od jego temperamentu?

Myślę, że to cechy charakteru mają znaczenie w wyborze dyscypliny, a później konkurencji. Oczywiście na pierwszym miejscu są zdolności fizyczne, które są weryfikowane przez kompleksowe badania. Po przejściu tego etapu zwykle przychodzi czas na starty w różnych odmianach kolarstwa – widać to zwłaszcza w młodszych kategoriach, w których dominuje wszechstronność rozwoju. Potem, po prostu widać, w czym zawodnik czuje się najlepiej i jest najskuteczniejszy. Temperament chyba też ma znaczenie – przykładowo sprinterzy są zwykle troszkę szaleni i dynamiczni również w życiu pozasportowym, z kolei downhillowcy we krwi mają ryzyko.

Downhill to już bardzo ekstremalna odmiana kolarstwa. Tego też próbowałaś?

Teoretycznie downhillu nie próbowałam – polega on na jak najszybszym zjeździe po bardzo trudnym odcinku, na którym nie brakuje naturalnych i sztucznych przeszkód. Mówię teoretycznie, bo w ostatnich latach na trasach cross-country – zwłaszcza podczas Pucharów Świata – pojawiło się bardzo wiele niezwykle trudnych elementów technicznych. Organizatorzy często tworzą je sztucznie z kamieni i drewnianych belek. Przykładowo w RPA wszystkie odcinki techniczne były specjalnie wybudowane i większości zawodników sprawiały duże trudności. Z kolei w australijskim Cairns trasa była w całości naturalna, ale użycie ponaddwumetrowego uskoku na trasie cross-country było moim zdaniem bardzo ryzykowne. My, w przeciwieństwie do downhillowców, nie jesteśmy ubrani w specjalne zbroje z ochraniaczami i pełne kaski – tak więc czasami można stwierdzić, że bardzo ryzykujemy, pokonując przeszkody praktycznie bez żadnej ochrony. Wiele z nich robi wrażenie na downhillowcach.

Znasz wielu kolarzy, którzy ukończyliby wyścig ze złamaną nogą? Bo ja nie…

Poza moją przygodą o innych przypadkach złamania nogi podczas wyścigu cross-country nie słyszałam, więc trudno to oceniać (śmiech). Trzy lata temu podczas Pucharu Świata w RPA prowadziłam w stawce. Niestety na około 8 km przed metą niefortunnie postawiłam nogę. Chciałam uniknąć upadku, ale stopa bardzo się wykrzywiła. Poczułam wtedy naprawdę silny ból i pierwszy raz w życiu przeszła mi przez głowę myśl, że może powinnam się wycofać z wyścigu. Przypadkowo w tym miejscu trasy stał akurat mój trener, który powiedział: „Wsiadaj na rower, zaraz przejdzie”. Posłuchałam jak zawsze, a przez głowę przeszła mi jedna myśl: „Oby tylko kostka nie była skręcona”. Do mety dojechałam na drugim miejscu z coraz większym bólem. Po dekoracji pojechaliśmy do szpitala, gdzie okazało się, że noga faktycznie skręcona nie jest, tylko złamana. Mój przypadek pokazuje, że kolarze są bardzo wytrzymali i waleczni. Po tej kontuzji bardzo szybko wróciłam do rywalizacji, bo już po czterech tygodniach – głównie dzięki ogromnej woli walki, wiedzy ze studiów fizjoterapeutycznych i pomocy najlepszych specjalistów.

Paula Gorycka
Jako liderka grupy 4F Racing Team czujesz presję albo oddech młodszego pokolenia na plecach?

Presji z różnych stron mam dużo, więc staram się nie nakładać na siebie świadomie kolejnych takich bodźców. Teraz koncentruję się na tym, żeby równać do najlepszych. Oczywiście gdzieś z tyłu głowy mam to, że rozwijają się wszyscy, przede wszystkim młodsi. Patrzę jednak na obecnych liderów – ciężko jest iść do przodu, jeżeli człowiek patrzy za siebie.

Gdybyś z Rio de Janeiro przywiozła medal olimpijski, byłoby to spełnienie Twoich marzeń?

Przede wszystkim najpierw muszę się na te igrzyska zakwalifikować, a później doskonale do nich przygotować. Jeżeli zaowocowałoby to zdobyciem złotego medalu, to tak – byłoby to spełnienie moich marzeń, ale również marzeń mojego trenera Andrzeja Piątka. W jego bogatym dorobku brakuje właśnie tego – wysłuchania Mazurka Dąbrowskiego podczas igrzysk olimpijskich.

Jak wyobrażasz sobie przyszłość, gdy będziesz już spełniona jako sportowiec?

Na razie raczej o tym nie myślę. Mam jeszcze dużo do zrobienia w sporcie jako zawodniczka. Jest w mojej głowie kilka odmiennych wizji na przyszłość, ale chyba ciężko byłoby mi całkowicie rozstać się ze sportem. Na pewno chciałabym, żeby to było zajęcie aktywne i stawiające przede mną wyzwania.

Na stronie www.redbull.com można znaleźć Twój blog. Piszesz, bo to sprawia Ci radość, czy to wytyczna sponsora?

Odkąd zajęłam się sportem na poważnie, pisanie i szeroko pojęty kontakt z mediami i kibicami musiało stać się dla mnie czymś normalnym. Teraz nawet lubię to robić, mimo że w szkole język polski był jednym z najmniej lubianych przeze mnie przedmiotów.

Kiedyś uczyłaś się gry na pianinie. Teraz to tylko przerywnik pomiędzy treningami i wyjazdami na obozy, czy zupełnie dałaś sobie z tym spokój?

Całkowicie z tym skończyłam. Rodzice dbali o mój rozwój na wielu płaszczyznach, pokazywali mnóstwo możliwości. Uprawiałam różne sporty, grałam na pianinie, uczyłam się języków obcych, byłam zaangażowana w niestandardowe przedsięwzięcia – to pozwoliło mi poznawać świat i siebie z różnych perspektyw. I dzięki temu mogłam wybrać kolarstwo jako mój sposób na życie – to fantastyczne uczucie, gdy to, co lubisz, w pewnym momencie staje się twoją pracą. Radość z tego, co robi się na co dzień, jest świetna.

Spróbowałaś niezwykle ciekawej dyscypliny, jaką jest triathlon zimowy. Jak było?

Tegoroczny start w triathlonie zimowym był dla mnie urozmaiceniem treningu i tylko tak potraktowaliśmy to z terenem. Pierwszą konkurencją był bieg, który chciałam przetrwać, bo akurat tej aktywności bardzo nie lubię. Następnie łyżwy, a na końcu rower. Skończyło się tak, że ten trening wygrałam. A chwilę przed rywalizacją indywidualną startowałam jeszcze w odmianie drużynowej – 4F Racing Team zajął 5. miejsce, mimo dwóch kobiet w składzie (Monika Żur biegła, trener jechał na łyżwach, a ja na rowerze).

Myślisz, że ostatni sukces Rafała Majki pozwoli kolarstwu wyjść z cienia popularniejszych sportów?

Z cienia piłki nożnej raczej żaden sport u nas nie wyjdzie mimo najlepszych nawet wyników. Myślę jednak, że ostatnie sukcesy polskiego kolarstwa jeszcze bardziej spopularyzują ten sport i zachęcą do jego uprawiania dzieci i młodzież. Sukces Rafała jest ostatnim fantastycznym wynikiem w naszym sporcie, ale są też inni zawodnicy i zawodniczki w kolarstwie szosowym, torowym i górskim, którzy nie boją się atakować. Tak samo jak Włosi, Niemcy czy Amerykanie – my też mamy dwie nogi i dwie ręce i też możemy wygrywać największe imprezy! Potrzeba tylko i aż: czasu, odpowiednich sztabów szkoleniowych i ciężkiej pracy.

A kolarstwo amatorskie? Zachęcacie społeczeństwo do tego, by wsiadali na rowery. W jakim celu?

Jazda na rowerze jest jednym z najpopularniejszych sportów wśród Polaków. Sprzyja rodzinnemu spędzaniu czasu, umożliwia poznanie okolicznych terenów czy „mobilne” zwiedzanie. W wydaniu amatorskim jest też sportem bardzo bezpiecznym dla organizmu – pozwala na dotlenienie, rozruszanie serca i mięśni. Jednocześnie nie obciąża stawów. Dlatego właśnie zachęcamy ludzi do aktywności fizycznej, szczególnie na rowerze – to dobre dla zdrowia, pozwala też na złapanie psychicznego luzu i chwilowe oderwanie się od rzeczywistości. A jeżeli spodoba się dzieciom, to jest szansa na to, że załapią bakcyla i kiedyś będą mocnym punktem polskiej reprezentacji. I to też jest naszym celem.

rozmawiał Przemek Światowiec, zdjęcia: Kin Marcin/Red Bull Content Pool