Siostry na rowerach – przez USA od SF do NY

Spontaniczny pomysł na przejazd rowerem z Los Angeles do Nowego Jorku w wykonaniu dwóch sióstr – rozmowa przed wyprawą. Dwie siostry, Ania i Inga Wyroślak, dwa rowery, dwa plecaki i dwa śpiwory, a przed nimi 22 dni, 13 stanów, 6000 km, do przejechania od Kalifornii do Nowego Jorku, a wszystko z pasji do sportu.

Skąd taki szalony pomysł? Czy to nie jest wyczyn zarezerwowany tylko dla zawodowych sportowców?

Jadę z moją siostrą Ingą, bo nie puszczę jej samej. Jesteśmy na co dzień tak zajęte i rzadko się widujemy, więc rower jest dobrym pretekstem, żeby zrobić coś wspólnie. Ona ma kondycję, gdyż w wolnych od kariery naukowej chwilach biega i uprawia wiele dyscyplin sportu. Pochodzimy ze sportowej rodziny, więc dobre przygotowanie fizyczne jest dla nas w pewnym sensie naturalne. Jeżdżę konno, jestem instruktorem jazdy konnej w KJ Zbrosławice, organizowałam z moim klubem międzynarodowe zawody konne na ponad 300 koni. Kilka razy w tygodniu dojeżdżam rowerem kilkanaście kilometrów do stadniny. W zeszłym roku zupełnie spontanicznie pojechałyśmy z rowerami na Majorkę i tak się zaczęło. Przejechałyśmy tam 600 km zupełnie bez przygotowania, śpiąc i odpoczywając gdzie tylko się dało. To było zupełnie wariackie, ale spodobało nam się. Teraz zrobiłyśmy trening przed wyjazdem do Stanów z Berlina, gdzie moja siostra pracuje, do Hamburga. W sumie przejechałyśmy blisko 800 km, gubiąc się po drodze.

Przejazd przez cały kontynent to więcej niż wycieczka z miasta do miasta. Jak się przygotowujecie?

Rzeczywiście, trasa biegnie przez obszary na których można powiedzieć, panują wszystkie cztery pory roku. Nie mamy żadnej ekipy wspierającej. W razie czego ja nią będę – wypożyczę auto i będę pomagać siostrze ze sprzętem, jedzeniem i spaniem. Można powiedzieć, że jeśli robi się jakieś wyjątkowe przedsięwzięcie spontanicznie, nie można liczyć na wsparcie finansowe dużych graczy. Oni chcą, żeby o wszelkich spontanicznych akcjach informować z rocznym wyprzedzeniem, wtedy być może sami się odezwą. W takich sytuacjach można liczyć tylko na rodzinę, przyjaciół i te firmy, które faktycznie wspierają sport i pasjonatów.

Jak w praktyce wyglądała ta pomoc?

Zaczęło się od tego, że mój przyjaciel pomógł mi złożyć rower. Później kontaktowaliśmy się z producentami rowerów, żeby nas sponsorowali. Pozytywnie zareagowały firmy Stevens i Odlo, przekazując swoje produkty. Zwłaszcza, że sami szefowie bardzo pozytywnie zareagowali na nasze przedsięwzięcie. Natomiast trudno jest uzyskać wsparcie gotówkowe oraz medialne od dużych graczy. Musimy więc polegać na własnym budżecie, co w praktyce oznacza również niegenerowanie dodatkowych kosztów. Ale dzięki przyjaciołom mamy to co najważniejsze – dobrze przygotowane do jazdy rowery.
Przygotowane również do naszych sylwetek i sposobu jazdy dzięki metodzie body fit. Zresztą popatrzmy na sklep rowerowy, w którym teraz siedzimy. Jest niedziela, a otwarli go specjalnie dla mnie, bo wiedzą, że przyjechałam i przygotowuję się do wyjazdu. To są drobne rzeczy, które pokazują nastawienie. Jakże inne od dużych firm.

Wspomniałaś o body fit? O co dokładnie chodzi?

Rower to układ wielu części, które można różnie ustawiać, a dzięki temu osiągać różne właściwości. Każdy z nas ma nieco inną budowę i indywidualne wymagania. Body fit polega na takim ustawieniu wszystkich części i parametrów (wysokości, długości, kąty nachylenia), aby optymalnie wykorzystać energię i zmniejszyć negatywny wpływ na organizm. Jest to więc optymalizacja ustawień roweru, na podstawie obrazu z kamer wideo i specjalnego oprogramowania analitycznego. Cała sesja trwa kilka godzin, ale efekt jest zdumiewający. Okazuje się, że można mniejszym nakładem sił jechać dużo płynniej i szybciej.

Każdy człowiek, który bierze się za wielkie rzeczy, ma chwile zwątpienia. Jak się nie załamywać?

Tak, ja miałam kryzys na drodze do Hamburga. Byłam zupełnie wyczerpana, do tego jeszcze była straszna pogoda. Chciałam zrezygnować. Ale kiedy spojrzy się na licznik i zobaczy, ile już się przejechało to człowiek zaczyna wierzyć, że się uda. Wydaje mi się, że wszyscy ludzie ambitni dążą do tego, żeby zrobić coś więcej i lepiej. Napędza ich chęć zrobienia kolejnego kroku. Z kolei moja siostra wzięła udział w ponadstukilometrowym biegu wokół Mount Blanc. Mówiono jej, że nie ma predyspozycji. Też miała wtedy kryzys i też go przezwyciężyła. Może to przykład rodziców? Moja mama jeździła w młodości na żużlu, a teraz mówi, że chciałaby znów mieć motocykl… Ja z kolei mój pierwszy rower – Wigry 3, zdobyłam od kolegi, któremu w zamian odstąpiłam świnkę morską.

Rodzice jednak zawsze trochę się obawiają, kiedy ich nawet dorosłe dzieci wyruszają w ekstremalną podróż?

Odkąd pamiętam, aktywnie spełniałam swoje marzenia i rodzice zawsze mi kibicowali. Pamiętam, kiedy jako dziewczynka zapragnęłam jeździć konno. Ba, posiadać własnego konia. Marzenia wydawało się nierealne – przecież jak większość ludzi mieszkaliśmy w bloku. Po długich staraniach uzbierałam dużą jak dla mnie, ale kompletnie niewystarczającą na zakup zwierzęcia sumę 900 zł i razem z mamą wyruszyłyśmy do Kielc szukać konia na sprzedaż. Ludzie, których pytaliśmy, pukali się w głowę. Aż w końcu poznaliśmy człowieka, którego przekonały nasze szczere intencje i sprzedał nam ogiera, który miał zostać sprzedany do rzeźni za naszą nierynkową cenę. Nasz koń zamieszkał u znajomych, a później przeprowadziliśmy się na wieś. Nierealne marzenie się spełniło. Więc jeśli wiesz, czego chcesz i ktoś Cię wspiera, to osiągniesz to.Ale oczywiście dla rodziców nasz wyjazd to ogromny stres. Tato mówi nawet, że pojechałby razem z nami. Ale kto wtedy zostałby z mamą?

Kiedy numer poszedł do druku, dziewczyny były już w Polsce i opowiadały nam niesamowite historie o swej podróży. To, co wydawało się szaleństwem, okazało się możliwe. Wkrótce opowieści ze stanów.

Z Anią Wyroślak przed wyjazdem do USA rozmawiał Szymon Wachal, fot.: Łukasz Radzięta

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *